"Loading..."

Junakiem 123 na I Bieszczadzki Rajd Motocyklowy

Junakiem 123 na I Bieszczadzki Rajd Motocyklowy

To prawie 3 tyś km, kilka krain geograficznych Polski, piękne miejsca i brak Internetu.

Kiedy tylko dowiedziałem się o Rajdzie, zaraz na myśl przyszedł mi Junak 123, w 2013 roku śmigałem tym motocyklem po bieszczadzkich bezdrożach i byłem pewny, że sobie poradzi. Jednak to co spotkało mnie na imprezie grubo przekroczyło moje wyobrażenia.


Zadzwoniłem do Almotu z propozycją startu na Junaku w Rajdzie. Oferta została przyjęta, poprosiłem tylko o zmianę opon na takie, które sobie poradzą. Junak dostał na tył opony Pirelli MT60, a z przodu Heidenau K41.


Miałem startować na motocyklu z poj. 150 ccm, ale w ostatniej chwili dostałem model z eksperymentalnym tłokiem, który posiada wkładkę z tytanu. W warunkach laboratoryjnych daje to 10 % więcej mocy, niższe spalanie o 12% i większy moment obrotowy. ALMot produkuje te tłoki na licencji i od kilku lat bada, aby wprowadzić je do swoich motocykli, jak naradzie produkowane są do Junaka 123 i 121.


Wracamy na trasę, jako że miałem więcej czasu niż wymagał tego rajd, postanowiłem trochę się powłóczyć po Polsce i tym sposobem byłem na Mazurach, zwiedziłem okolice Włocławka wraz z zamkiem w Gołubiu, dalej trasa wiodła do Częstochowy i w Góry Świętokrzyskie, na szlak Orlich Gniazd. Trasę modyfikowałem w zależności od pogody, zamiast tak jak w planach pojechać do Wisły i Zakopanego, znalazłem się po środku Lasów Janowskich. Tam w leśnych ostępach testowałem mojego Junaka na nowych oponach. Byłem zadowolony i pełen nadziei czekałem na dzień startu.
W Bieszczady dotarłem tydzień po moim wyjeździe z domu. Jak zawsze gościny udzieliła mi Bieszczadzka Przystań Motocyklowa, mimo, że do Polańczyka w którym była start rajdu było 40 km to nie zamieniłabym miejsca na żadne inne.


Start, czekam już od kilku godzin i liczę motocykle, same Japonie, BMW, jakieś Włoskie motocykle i mój Junak 123, jedyny przedstawiciel tego gatunku, prawie jak ostatni Mohikanin.


Ruszamy, wypuszczają na czwórkami, aby na drodze nie było zbyt dużego zagęszczenia, przecież w rajdzie startuje około 900 maszyn.
- Rood czy advenczer? Pyta jeden z organizatorów.
- Advenczer - odpowiadam.
- przesuń się na początek.


Ruszam na linię startu, mogę jechać, pierwszy zakręt, potem drugi, taki byłem zaaferowany przygodą, że nie spojrzałem na poziom paliwa i zamiast w trasę poleciałem na stację benzynową.


Nocna edycja rajdu nie wiele miała odcinków off road, tylko dwie przeprawy przez San i kilkaset metrów polnym drogami. Jednak te dwie przeprawy dostarczyły tyle emocji, że wybaczyłem brak większych atrakcji tego wieczora. Obserwuję motocykle, jeden za drugim wjeżdżają w rzekę, tylne koła prawie całe zanurzone, widać tylko tylną lampę, jestem przekonany, że zaraz będę pływał a nie brodził na motorze. Moja kolej, jedynka, dwójka mocy nie może być za mało ani za dużo, przednie koło szuka drogi przeskakuje po kamieniach, woda sięga prawie do kolan, ale Junak idzie i już po chwili jestem na drugim brzegu, ale euforia, mój pierwszy bród w życiu na motocyklu, jestem szczęśliwy. Kilka kilometrów dalej powtarza cię historia, znów bród tym razem jest ciemniej, jednak i tym razem się udało, radocha wielka, Junak wspaniały. Jedziemy dalej, ogień na tytanowy tłok i szukamy kolejnego punktu kontrolnego. Na pierwszym trzeba było wbić trzy bile, aby nie było zbyt łatwo śliczne dziewczyny lały nas kijami po tyłkach. Karta podbita wskakuję na Junaka i ruszam dalej. Jadę, ciemność, nagle pęd powietrza zrywa ze zbiornika moje karty z punktami orientacyjnymi trasy, szukam w egipskich ciemnościach, odzyskuje część, ale nie ma tej, która jest mi potrzebna teraz. Nadjeżdżają dwa GSy szybko wskakuje na moją maszynę i cisnę za nimi. Przez jakiś czas udaje mi się utrzymać kontakt wzrokowy, tym bardziej że na krętych drogach nie mogły rozwinąć większej prędkości to pozwoliło mi utrzymać się w szyku, kosztowało mnie to sporo wysiłku, gdyż dla mnie to były prędkości prawie maksymalne. Zgubili mnie dopiero na dłuższych prostych. Całe szczęście przejeżdżał następny motocykl, jakiś zielony szerszeń typowo terenowy, chłopak jechał spokojnie więc mogłem za nim nadążyć. Na kolejny punkcie kontrolnym w rekach trzymaliśmy beczki po piwie na czas, do karty wbite punkty i na szlak, tym razem już w kompani z ?zielonym szerszeniem". Dość trudny w tych warunkach okazał się wjazd na górę widokową, tym bardziej, że jeden z chłopaków miał wypadek i złamał nogę. Przykra sprawa.


Kiedy przyjeżdżałem na metę, na trasę ruszali ostatni zawodnicy.
Miło było popatrzeć na miny wszystkich tych do, których dotarło, że mój Junak ukończył nocny etap, bez taryfy ulgowej.
Jeszcze tylko droga do Przystani i o 23,30 stanąłem przy ognisku z zamiarem upieczenia kilku kiełbasek. Rano pobudka, czeka na nas kolejny etap, tym razem dzienny, mam do pokonania około 150 km po Bieszczadach.
Dopiero o świcie zrobiłem przegląd Junaka. Nic nie odpadło, nic nie trzeba było dokręcać, łańcuch wymagał tylko obsługi, wystarczyło naciągnąć i nasmarować. Rumak był gotowy
do drogi.


Na starcie stanąłem o 10 i od razu ruszyłem w trasę, pierwszy odcinek specjalny to podjazd
w lesie, wąską dróżką, po zgniłych liściach. Podjechałem, choć z pomocą, ktoś popchną mnie z tyłu opony złapały przyczepność i poszliśmy w górę. Przez pewien czas jechałem sam, przyznam się bez bici, szło mi to opornie, bałem się że w tym tempie zawodów nie skończę do końca niedzieli. Na szlaku spotkałem Jacka i Pawła na GSach, mieli problemy z podjazdem, mój Junaczek tak sprytnie podjechał, że ich zatkało, spytałem czy mogę zabrać się z nimi, panowie byli wyposażeni w GPS co bardzo ułatwiało orientację w terenie. Jednak musiałem ostro cisnąc aby nie pozostać w tyle, po szutrach i bezdrożach dochodziło na liczniku do 80 km/h Junak leciał jak wariat, myślałem, że zaraz się rozpadnie, ale nie, on jeszcze przyspieszał. Jedyną rzeczą, którą zgubiłem były nożyczki, wypadły mi z sakwy. Organizatorom należą się duże brawa, za dobór tras pod względem wizualnym, było po prostu pięknie. Na pokonanie 150 km potrzebowałem przy GSach 8 godzin, były jeszcze wiele brodów, zjazdy, podjazdy, serpentyny, górskie parowy wypełnione wodą i połoniny na, których chwilami pasły się nasze rumaki. Wypalarki, wywrotki, szczęśliwe zakończenia, Rajd okazał się świetną imprezą. Poproszę o więcej. Na początku imprezy Junak jak szara mysz nie budził zainteresowania, za to po, każdy to poznał jego przygody chciał mieć z nim zdjęcie, oto motocykl z najmniejszą pojemnością na Rajdzie, a mimo to ukończył go bez taryfy ulgowej.

Dla Blog.Junak.com.pl Krzysztof Troka.