"Loading..."

Junakiem M16 dookoła Polski (cz. 6)

Junakiem M16 dookoła Polski (cz. 6)

Poniedziałek miał być przedostatnim dniem wyprawy, jednak rano obudziłem się z dreszczami, coraz częściej kaszlałem to nie była dobra prognoza na przyszłość, czułem jak rozwija się choróbsko. Zapadła decyzja wracam do domu.

I znów tak jak przez ostatnie siedem dni wstałem o 4 i ani minuty dłużej, tym razem nic nie goniło mnie z łóżka.  Zjadłem śniadanie, które składało się z bułek kupionych w Wadowicach, masła w Polanicy i długo dojrzewających wędlin, od miejscowego producenta, było dużo i smacznie.

Kiedy już zatankowałem pod korek, założyłem ciepłe kalesony, skarpety i spodnie oczywiście do tego cała reszta, co by nikt nie myślał, że wyszedłem pakować motocykl ubrany tylko w połowie. Raz, dwa, trzy i Junak stał spakowany, gotowy do drogi. Pewnie bym pojechał, ale tak bez pożegnania, poczekam aż Tomek wstanie. Na tym czekaniu zeszło mi do rana, nie myślcie, że siedziałem z założonym rekami, w takich chwilach biorę aparat i pstrykam, a nóż coś wyjdzie?  Kiedy w końcu Tomasz zszedł na dół, aby odwieść dzieci do szkoły, przed wyjazdem sprawdziłem jak łańcuch jest naciągnięty.

Wytoczyłem się powoli z gościnnej przystani Pod Rogaczem, Tomasz mijając spytał, czemu się zatrzymałem? Mijając znak Studzienno pomimo wczesnej pory roztaczał się piękny widok, jesienny las, mgła, wstające słońce, kilka ostatnich zdjęć i ruszyłem na Wrocław. Dotarłem tam szybko bez przeszkód, jedno, co mogę powiedzieć to zalegająca po drodze mgła. Junak ciągnął jak by wiedział, że wracamy do domu.  Wjechałem na obwodnicę, aby objechać miasto, na liczniku 110 mijam kolejne mosty, jeden ładniejszy od drugiego, śmiga się świetnie, szkoda, że to droga powrotna.

Trochę się pogubiłem i zamiast na Poznań, skręciłem na Oleśnicę i Kalisz potem był Turek, Konin i się zaczęło, albo mają tak słabe oznakowanie albo ja już byłem zmęczony, zanim się jednak zanurzyłem w bezdroża w okolicach Radziejowa, zjadłem ostatnie racje żywnościowe, czyli bułki, ser i wędzony boczek. Popiłem to wszystko wodą jak jakieś zwierze.

To musiało być złe oznakowanie, po jakimś czasie, kiedy zobaczyłem, po czym jadę uświadomiłem sobie, że to nie droga, która prowadzi do celu, czyli w kierunku Bydgoszczy za to, co rusz wyskakuje drogowskaz Ciechocinek. Jaki Ciechocinek? Ki diabeł nadał taki kierunek, robię postój i wtedy dopiero zobaczyłem, co się stało z bagażem. Na wszystkich drogach całej Polski nawet na wertepach pod Smolnikiem jeszcze tak się nie stało, że prawie wszystko zjechało, jeszcze trochę, a ciągną bym majdan za sobą, niczym kowboj koniokrada.

Co to za wioska do dziś nie wiem tubylcy mówili jakiś dziwny dialektem, nikt nie potrafił wskazać drogi na Bydgoszcz, jedyne miasto, jakie przychodziło i do głowy to był właśnie Radziejów.  Zamocowałem na nowo cały swój dobytek, przy okazji zanotowałem stratę, ulotnił się śpiwór. Dotarłem w końcu do Kruszwicy, zatankowałem bak do pełna i znalazłem właściwa drogę. Dochodziła 15 miałem nadzieję dotrzeć do Almotu zanim go zamkną, chciałem jeszcze dziś zabrać swój motocykl. Po niespełna 30 minutach przekroczyłem bramę firmy, która sprzedaje Junaki, kiedy tylko rozprostowałem kości przypadkiem przechodził Prezes, miałem okazję osobiście podziękować za wakacje oraz porozmawiać na temat wyprawy i o nowych wyzwaniach. Podjechałem pod magazyn, w którym dwa tygodnie wcześniej zostawiłem swojego kucyka, wyciągnąłem go z pomiędzy skrzyń, włożyłem kluczyk do stacyjki, a on bez protestu odpalił. Przepakowałem graty, pożegnałem się, z Almotem i dziwnie cicho ruszyłem do Gdyni. Brakowało mi przez chwilę ryku sinika, zmieniła się pozycja z poziomu drogi na dach samochodów, mój chodzi cicho jak pszczółka. Mimo, że starałem się wycisną jak najwięcej z maszyny, a kiedy wpadłem na obwodnicę Gdańska odkręciłem manetkę do oporu to jazda pochłonęła następne cztery godziny. O dwudziestej dotarłem do domu, mieszane uczucia mi towarzyszyły, z jednej strony zadowolenie z wyprawy, szczęśliwy powrotu bez zbędnych przygód, ale też niedosyt, zbyt szybko wszystko się działo, tyle bym ciał zobaczyć, kopalnię złota, zamki dolnego śląska i wiele innych. Na taką wyprawę to i dwa tygodnie może być mało.  Musicie mi wybaczyć z drogi powrotnej mam tylko jedną fotkę, a to wszystko przez pośpiech no i nic nie rzuciło mi się w oczy. Pokuszę się o małe posumowanie, choć nie wiem czy do końca będę obiektywny, ponieważ polubiłem Junaka M16 i coraz częściej myślę o tym, aby sprzedać mojego M20 i w to miejsce kupić ryczącą 350-tkę.

Może od osiągów zaczniemy, choć nie jest to jego mocna strona to przecież nie oto chodzi w tym modelu mamy się dostojnie kulać po ulicach, jednak, kiedy trzeba spokojnie wystartuje z pod świateł z tyłu zostawiając puszki.

Na początku przeszkadzał mi ryk silnika jednak, po pewnym czasie sprawa wyglądała zgoła odmiennie, widziałem korzyść płynącą z tego rozwiązania, puszki jak baranki rozchodzą się na odgłos ryku lwa, zwyczajnie jest bezpieczniej.

Mechanizmy działają precyzyjnie, choć to motocykl testowy, siodło wygodne, zawieszenie twarde, ale tak ma być to nie motocykl dla panienek.

Komfort, pod warunkiem, że nie szukasz przygód po bieszczadzkich bezdrożach.

Jeśli jedziesz sam, a wątpię, że kiedykolwiek pojedziesz z plecaczkiem w dalszą drogę można całkiem sporo zapakować, miałem założone dwie boczne sakwy, plecak wypchany ciuchami, trzy osobowy namiot i śpiwór, co został pod Radziejowem.

Klamki pracują lekko, lusterka pokazują to, co należy, wszystkie dźwignie obsługiwałem w grubych rękawicach i porządnych butach.

Spalanie moje ulubione, przejechaliśmy prawie trzy tysiące, kiedy nie przekraczałem stówy wystarczyły trzy litry wachy na sto kilometrów.

Czy pojechałbym znowu? Bez zastanowienia, zresztą wszyscy, którzy mieli okazję przez te dwa tygodnie usiąść na Junaku M16 mieli banana na dziobie.

Z trasy - Krzysztof Troka

CDN...